2016/2017

2016/2017
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Tak się zaczął dziś mój nowy rok. Komfortowo, w piżamie w misie i frenchie, z kubkiem kawy (w ubranku a la frenchie – made by Jolek ;). Bez newsów, bez plotek, bez zaglądania “kto-gdzie-jak”… Tak sobie siedziałam. Dawno już się nie zdażyło. Nie trwało za długo. Ale wystarczyło. Za oknem Uptown w słońcu, co zawsze dobrze tej dzielnicy robi i nawet teraz wygląda mniej szaro-buro. Bo śniegu nie ma.

Ponieważ Święta były intensywne, to Nowy Rok miał być już na prawdę LIGHT. Dlatego po 11 rano zwlekłam się z tego fotela, piżamę zamieniłam na strój bardziej wyjściowy, wyciągnęłam pana P., spakowaliśmy aparaty w plecaki i gdzieś po 1pm (niezłe mamy tempo! :) wyszliśmy na świat. Pojechaliśmy do Water Tower, żeby zobaczyć wystawę o Leonardo DaVinci – “Discover DaVinci Machines Exhibition“. Ostatni dzień wystawy i ostatnia szansa.

Wystawa może nie jakaś imponująca. Oryginałów nie przywieźli ;) Ale i tak. Geniusz, nie człowiek!

Jedynym minusem tej wystawy było miejsce – zorganizowano ją w centrum handlowym w Water Tower, przy Magnificent Mile, gdzie dziś znów popylały tłumy z siatami… A to strasznie męczące te latanie z siatami. Sami zajrzeliśmy do jednego ze sklepów – firmowego Cubs – i okazało się, że mają promocję też. To wreszcie kupiliśmy sobie to, na co polowaliśmy od jakiegoś czasu – zimowe czapki Cubs-zwycięzców :)

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Zdjęcie akurat zrobione już w drodze powroten do domu na stacji Red Line. Ale czapki fajne. I ciepłe! I mamy teraz takie same ;)

Jak już przedarliśmy się przez tłum z siatami w Water Tower, to wyszliśmy na Michigan Ave. czyli Magnificent Mile i znów wleźliźmy w tłum z siatami… Poszliśmy na Pioneer Court, nad rzekę. Trochę się tam teraz dzieje. Między innymi Apple buduje swój nowy sklep nad rzeką:

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Kiedyś stałą tam mega rzeźba Marilyn Monroe. Teraz stoi 25-stopowy Abraham Lincoln ze współczesnym Amerykaninem. Rzeźba, podobnie jak Marilyn, jest autorstwa ponad 80-letniego rzeźbiarza Sewarda Johnsona. Choć dziś po południu jeszcze w tym miejscu nie do końca posprzątano po nocy sylwestrowej, to Lincoln prezentuje się tak:

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

A do tego my w czapkach ;)

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Nad rzeką ostała się też jeszcze gwiazda. W Sylwestra wciągana w górę. Nowy Jork ma kulę na Times Square, a Chicago gwiazdę nad rzeką.

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Generalnie dzień był idealny na spacer. Słonecznie, nie za zimno. A straszyli, że tej zimy będą 4 stopy śniegu i mrozy syberyjskie… Niech straszą.

Nie robię żadnych postanowień noworocznych. Ale mam kilka planów, które się już powoli zaczęły realizować. I generalnie to ten rok będzie u mnie pod hasłem “nie dam się zacharować”!

I mam nadzieję, że cały ten świat nie pierdyknie wraz zaprzysiężeniem pomarańczowego zboka Trumpa w piątek, 20 stycznia. Trzeba będzie jakoś ten wstyd przełknąć i dalej sobie żyć…

Niech ten rok będzie dla nas wszystkich dobry! I komfortowy!

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Advertisements

Święta z terakoty

Święta z terakoty

 

W Stanach Święta Bożego Narodzenia trwają jeden dzień – 25 grudnia. Żadnej Wigilii nikt tu nie świętuje, ani drugiego dnia. Tak tu jest, było i będzie. Polacy tylko obchodzą Wigilię. Zazwyczaj jest to dzień pracujący – z krótszymi godzinami, ale pracujący. I tak przeważnie mi się zdarzało. Ale w tym roku 24 grudnia wypadł w sobotę, 25 – w niedzielę, a 26 w poniedziałek. Dlatego w piątek w pracy dostaliśmy pół dnia wolnego – za tę sobotę, a potem wolny poniedziałek – chyba za tę niedzielę. Poczułam dzięki temu trochę, że jednak są Święta. Tym bardziej, że zdarzyło się chyba jakieś cudowne rozmnożenie na koncie w banku, bo jak na początku grudnia liczyłam, co trzeba będzie zapłacić do 20 grudnia, to mi wyszło, że 24 stan naszego konta wyniesie ZERO. A tu o dziwo coś się ostało…

I może dlatego, że nic nie planowaliśmy, bo ani nie było czasu ani pieniędzy na plany, to wyszło  świątecznie. Zakupy udało się zrobić w sobotę, w Wigilię. Ale na szczęście w polskich sklepach mają już tradycyjne potrawy gotowe – jak kapusta z grzybami, kutia, barszczyk, uszka itd.

Doliczyłam się na naszym wigilijnym stole w tym roku 13 potraw. To szczęśliwa trzynastka :) był żurek postny, grzybowa i barszcz z uszkami, była kutia i makaron z makiem, kapusta z grzybami, były trzy rodzaje śledzia, kompot z suszonych owoców, gołąbki z kaszą i grzybami i łosoś zamiast karpia. A na deser piernik i makowiec, którym już w wigilijny wieczór nie daliśmy rady ;) Szkoda tylko, że osoby, któr zaprosiliśmy na Wigilię z tego zaproszenia nie skorzystały. Ale za to wiem, co będziemy mieć na lunch gdzieś tak do środy ;)

A niedziela należała do “Miśków”. Zaczęło się od obiadu z tak zastawionym stołem:

I na stole było i coś dla mięsożerców i coś dla tych, co mięska nie ruszają ;) a jak już się nawpychaliśmy – bo wszystko takie dobre – obaliliśmy dwie butelki wina, nagadali, to pojechaliśmy do kina. I wieczór zakończył się z nowymi Gwiezdnymi Wojnami.

Ponieważ niedziela była fajna, to postanowiliśmy, że poniedziałek też będzie. Wreszcie był czas, żeby wybrać się do Field Museum i zobaczyć chińskich żołnierzy z terakoty. Już tylko do 8 stycznia tam postoją…No i pojechaliśmy z “Miśkami” :)

Do Chicago dojechało jakieś 6 sztuk żołnierzy, co w porównaniu z odkrytą w Chinach armią jest mało, ale warto. Bardzo dobrze jak to w Field zaaranżowana wystawa.

No i co z tego, że każdorazowo wizyta w Field Muzeum kończy się bólem nóg, bo człowiek tam robi niezłe mile na nogach. Ale zawsze warto. W dodatku pogoda w Chicago dziś wiosenna – 54F! Aż szkoda było nie wyjść z domu!

To na koniec jeszcze nasze wesołe foto. Bo fajnie było :)

miski

A teraz tyłek w fotel, nóżki na pufę i Tygodnik Powszechny do ręki. A! I jeszcze herbatka w kubku. Szczęśliwych Świąt! Wszystkim!

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Dzięki za…

Dzięki za…

Lubię Thanksgiving czyli Święto Dziękczynienia. Mimo, że to ponoć święto, które ustanowiono na pamiątkę niezbyt chlubnych poczynań białego człowieka na amerykańskiej ziemii. Dla mnie to bardziej jak polska wigilia. Tyle, że przy stole nad indykiem nie zasiada rodzina, bo wszyscy daleko. Ale zasiadają przyjaciele. Choć w tym roku trafił się i motyw rodzinny, bo akurat w Chicago jest córka mojego kuzyna :) Ale jak dotąd ten nasz stół pustką nie świeci. Więc jest za co dziękować.

I nie będę tu na siłę dorabiać jakichś ideologii i silić się na super mądrą. Po prostu lubię klimat tego czwartku. Od prawie zawsze udaje mi się go zacząć od parady w downtown. Choć z roku na rok ta parada to coraz większa porażka, jeśli chodzi o znikanie dużych balonów, które dotąd były jej atrakcją… W tym roku zobaczyłam połowę parady i doliczyłam się tylko dwóch balonów, które… jechały na platformach :(

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Na pocieszenie, to nie padał śnieg i byłam w normalnych butach, a nie w zimowych, co raczej rzadko się zdarza podczas Thanksgiving Day Parade.

Po świątecznym czwartku zawsze jest słynny Black Friday, czyli naród rusza szturmować sklepy. Co niektóre otwierają się już w czwartek o 5-6 po południu. Co mnie wkurza. Bo pracownicy mają przecież rodziny, przyjaciół i może ktoś by im pozwolił spędzić chociaż to święto z nimi. Kilka godzin bez kupowania nie da rady wytrzymać??

Ja nigdy nic w Black Friday nie kupuje, nie latam po sklepach. Nie mam tego dnia wolnego, więc i w tym roku po 6am wyruszyłam do pracy jak co dzień. W autobusie i pociągu było tylko luźniej.

A po pracy do parku milenijnego i początek piątkowych koncertów kolęd pod “Fasolką” czyli to już ta pora na Caroling at Cloud Gate. Tym razem trzeba się tylko było przedrzeć przez ten tłum obwieszony siatami, który przewalał się po downtown. Dałam radę :)

Jako pierwsi z kolędami i piosenkami świątecznymi zaprezentowali się After School Matters: The I.A. Music Program (Inspiration.Aspiration.Music). Nie było najgorzej, tylko trochę za cicho jak na mój gust. Ale może źle sobie stanęłam. W następny piątek trzeba będzie szybciej się tam zjawić.


Tak to mniej więcej brzmiało i wyglądało. Nakręcone telefonem komórkowym. Ale to taka mała świąteczna tradycja.

Za to dziś – w sobotę, po święcie dziękczynienia – postanowiliśmy wyruszyć do Lincoln Park Zoo na festiwal światełek. Normalnie bym tego nie zrobiła, bo tam zawsze porażka z parkingiem i tłumem ludzi, ale ze względu na gościa w domu wyruszyliśmy. Po dwóch godzinach jeżdżenia po okolicy, a w zasadzie stania w korkach, udało nam się dotrzeć na parking zoo, ale stwierdziliśmy – patrząc na tłum – że raczej podziękujemy. Wpadniemy w tygodniu. Gościowi zostaje jeszcze poniedziałek i wtorek na wycieczki, to się uda :)

Na pocieszenie zawitaliśmy na późny obiad do Pokiology. I to była najlepsza nagroda za to jeżdżenie bez sensu po Lincol Park…

wp-image-628095432jpg.jpg
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

 

Straszą zimą…

Straszą zimą…

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy. Zacznę od jesieni – bo jak na razie jest (odpukać!) idealna. Złota, ciepła i słoneczna. Weekend Cubs’ów, który właśnie minął, był na tyle ciepły, że można było swobodnie biegać w krótkim rękawku. A to pierwsze dni listopada!

W prognozach straszą syberyjską zimą. Już od jakiegoś czasu. A czym ładniejsza i cieplejsza ta jesień, tym bardziej straszą… Na razie mam nadzieje, że się znów pomylą. Choć ciągle pamiętam takie czasy, kiedy na przełomie września i października za oknami w Chicago szalała zamieć śnieżna…

A przy okazji – River Walk już prawie gotowy. Co oznacza, że w downtown można przejść się nadbrzeżem od jeziora, aż do budynku opery niemal (wzdłóż Wacker Dr.). Częściowo to wygląda właśnie tak:

Aż się chce kubek z kawą w rękę, książkę (czytaj kindle ;) i posiedzieć. Mi się udało. Na chwilę, 25 października.

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Najlepsza sala koncertowa na świecie. Za FREE

Najlepsza sala koncertowa na świecie. Za FREE
Lato zbliża się ku końcowi. Nie będzie mi go brakować. Znów nie mam w tym roku wakacji więc zmęczenie daje mi się podwójnie we znaki. Nie pomagają upały i prawie 100 proc. wilgotność. To lato jest koszmarne, podwójnie dla kogoś, kto zmaga się też z otyłością. Jak już dokulam się popołudniami do domu, to większość czasu przesypiam, próbując trochę wygrać ze zmęczeniem. Słabo mi to wychodzi.
Przez te warunki pogodowe udało się tylko kilka razy – na palcach jednej ręki można policzyć – posłuchać koncertów w ramach Grant Park Music Festival (GPMF).

Bardzo żałuję, ale lepsze kilka niż nic. A wieczory w Jay Pritzker Pavilion w Parku Milenijnym są po prostu najlepsze. Uwielbiam ten klimat. Tym bardziej, że w tym roku z Panem P. odkryliśmy parking o rzut beretem w sąsiedztwie parku, który jest w cenie podróży kolejką. Luksus jak na downtown – parkowanie w sąsiedztwie MP za $10 ;)

No więc te wieczory, w które się udało (koncerty odbywały się w środy oraz w piątki-soboty) zaczynały się od podróży:

20160819_181820

20160819_182059

Jeszcze ze słońcem, ale takim ciepło popołudniowym, bo po 6pm.

Po drodze szybko jeszcze jakaś mrożona kawa, trochę owoców w coolerku, zapas wody w butelkach i do parku. Przejście z parkingu zajmuje może z 5 minut. I już Jay Pritzker Pavilion.

20160819_194010

Koncerty zaczynały się o 6.30pm lub o 7.30pm więc jeszcze było jasno. Na trawniku full zestawy piknikowe już rozłożone. Nam się w tym roku z ogarnięciem pikniku znów nie udało, ale jest już jeden mały postęp – zakupiony wózek do przewozu gratów na trawnik ;) Zawsze coś.

I muzyka…

Kto miał okazję choć raz w Jay Pritzker Pavilion usiąść – obojętnie czy na krzesłkach, czy na trawie – i posłuchać tam muzyki to wie, że dźwięk tam jest piękny. Nagłośnienie jest perfekcyjne w każdym miejscu. Słychać dobrze i głośno. Większość koncertów odbywa się w tym miejscu za darmo – za FREE. W czasie GPMF siedzące miejsca (słynne czerwone krzesłka) te w pierwszych rzędach są zarezerwowane dla członków i tych, którzy wykupią miejscówki. Reszta – kto pierwszy – ten siedzi. Miejsca jest sporo. I zazwyczaj każdy znajdzie swoje.

Na trawniku odbywają się całe uczty piknikowe ze stolikami uginającymi się od jedzenia i butelek z winem. Od bodaj dwóch czy trzech lat w te koncertowe dni na terenie Parku Milenijnego sprzedawany jest alkohol – wino i piwo, ale tylko w otoczeniu Jay Pritzker. Pod “Fasolkę” już się tego nie wyniesie. Można też przynosić swoje napoje z procentami. W tym roku na wjazdach przy pawilonie ustawiały się też Food Trucki. Dla mnie w tym roku na picie wina w tym miejscu zdecydowanie za ciepło było i jeszcze jest. Ale mrożona czarna kawa – idealna :)

No i jak już człowiek się z tym wszystkim ogarnie, usiądzie, zacznie sobie podjadać, sączyć co tam ma w kubeczku czy puszcze, zacznie grać muzyka i powoli zapada zmierzch… I finalnie, na koniec wszystko wygląda tak:

20160819_212849

20160819_212857

20160819_212902

20160819_212908

I nie chce się stamtąd wychodzić.

Tak było w piątek, kiedy upał trochę sobie odpuścił i dało się nawet poczuć lekki chłodny wietrzyk…

Na zakończenie sezonu 2016 zaserwowano słuchaczom “The Damnation of Faust” (Potępienie Fausta) – czteroczęściowa kantatę dramatycznę z muzyką Hectora Berlioza. Prawie 4 godziny. Nie wiem kiedy minęły. I mimo pogody-niepogody, żal mi, że te wieczory z Grand Park Music Festival już się skończyły…

A potem powrót do domu:

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved