Sztuka i  śmierć. Bardzo namacalna

Sztuka i  śmierć. Bardzo namacalna
Zbieram się i zbieram, żeby napisać o wystawie, którą widziałam w styczniu. I pozbierać się nie mogę. Ale może się uda. Wystawa nowi tytuł “Art AIDS America” i zostawiła we mnie ślad bardzo głeboko.

Nadarzyła się okazja, by zobaczyć wystawę z kilku powodów. Pan P. robił zdjęcia, wstęp był za darmo – i to na tak dużą wystawę, która w dodatku miała problem, żeby trafić do sławnych muzeów – no i samo miejsce. Zwie się ono Alphawood Gallery, mieści przy Halsted i Fullerton i było kiedyś bankiem. A teraz zostało przestrzenią z możliwościami. A przede wszystkim, jeśli jest się urodzonym pod koniec lat 70-tych lub na początku 80-tych, to temat jest czymś, obok czego się dorastało. Kawałek historii.

Wystawa jest zapisem czasów z przeszłości, początków zmagania z epidemią AIDS/HIV, aż po naszą współczesność. Początek, to lata 80-te dwudziestego wieku. Pamiętam ten czas. To piętnowanie ludzi chorych, ten strach i te teorie wygłaszane przez niektórych… Miałam wtedy kilka – kilkanaście lat, MTV w domu, trochę CNN i BBC, znajomość angielskiego, która pozwalała się z grubsza orientować co mówią, strach, ale też poczucie “że nas to nie dotyczy” i gdzieś tam kołatający się w głowie fragment myśli, że przecież tym chorym trzeba pomóc, że musi być jakieś lekarstwo…

Pamiętacie 1993 rok i ten film?

To wydaje się tak dawno temu… Teraz wiele się w temacie zmieniło. Jest lekarstwo, które pozwala ludziom z tym wirusem żyć. Umieralność zmalała, nie ma już takich oczywistych oznak zewnętrznych tej choroby (o wielu dowiedziałam się z wystawy!), ludzie nauczyli się trochę z tym wirusem obok żyć, choć pewnie tym, którzy z wirusem żyją nie jest łatwo. Jest Magic Johnson, który przyznał się publicznie do życia z wirusem, ale są też rzesze anonimowe, które z tą wiadomością żyją same dla siebie. Choć widziałam raz chłopaka tutaj w Uptown, na skrzyżowaniu niedaleko domu, gdzie mieszkam, który stał z kartonem – żebrał. Na kartonie miał napisane, że jest nosicielem wirusa HIV i zbiera na życie… I pomyślałam sobie wtedy, że miał odwagę – kilkanaście lat temu nie do pomyślenia.

Pamiętam jeden z odcinków Oprah Show z końcówki lat 80-tych o takim małym miasteczku, gdzie mieszkaniec okazał się nosicielem HIV. A ludzie prawie go za to zlinczowali. Znalazłam info o tym odcinku TUTAJ. Wtedy odcinki show transmitowała polska telewizja nawet…

Poszłam więc zobaczyć wystawę, o której myślałam, że wiem czego się spodziewać i wiem, że nie będzie to łatwa i miła wizyta…

Nie była. To jest wystawa o wielkim bólu i fizycznym i psychicznym – i to nie tylko tych, którzy zarazili się wirusem, ale też i tych, którzy są ich bliskimi. I kawałek tego bólu zostaje w każdym z widzów nawet, jeśli nie stoją ani po jednej, ani po drugiej stronie. Na tej wystawie panuje cisza.

Chicałabym mieć trochę wolnego czasu, żeby móc w tym temacie wreszcie coś zrobić. Tutaj w Uptown prężnie działa organizacja, która pomaga osobom chorym. Mogłabym zostać wolontariuszem. Taka drobnostka. Ale nie mam czasu pracując po 14 godzin dziennie… Wierzę, że kiedyś się uda POMÓC. Bo w tym temacie to jest dla mnie słowo kluczowe.

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

 

Advertisements

2016/2017

2016/2017
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Tak się zaczął dziś mój nowy rok. Komfortowo, w piżamie w misie i frenchie, z kubkiem kawy (w ubranku a la frenchie – made by Jolek ;). Bez newsów, bez plotek, bez zaglądania “kto-gdzie-jak”… Tak sobie siedziałam. Dawno już się nie zdażyło. Nie trwało za długo. Ale wystarczyło. Za oknem Uptown w słońcu, co zawsze dobrze tej dzielnicy robi i nawet teraz wygląda mniej szaro-buro. Bo śniegu nie ma.

Ponieważ Święta były intensywne, to Nowy Rok miał być już na prawdę LIGHT. Dlatego po 11 rano zwlekłam się z tego fotela, piżamę zamieniłam na strój bardziej wyjściowy, wyciągnęłam pana P., spakowaliśmy aparaty w plecaki i gdzieś po 1pm (niezłe mamy tempo! :) wyszliśmy na świat. Pojechaliśmy do Water Tower, żeby zobaczyć wystawę o Leonardo DaVinci – “Discover DaVinci Machines Exhibition“. Ostatni dzień wystawy i ostatnia szansa.

Wystawa może nie jakaś imponująca. Oryginałów nie przywieźli ;) Ale i tak. Geniusz, nie człowiek!

Jedynym minusem tej wystawy było miejsce – zorganizowano ją w centrum handlowym w Water Tower, przy Magnificent Mile, gdzie dziś znów popylały tłumy z siatami… A to strasznie męczące te latanie z siatami. Sami zajrzeliśmy do jednego ze sklepów – firmowego Cubs – i okazało się, że mają promocję też. To wreszcie kupiliśmy sobie to, na co polowaliśmy od jakiegoś czasu – zimowe czapki Cubs-zwycięzców :)

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Zdjęcie akurat zrobione już w drodze powroten do domu na stacji Red Line. Ale czapki fajne. I ciepłe! I mamy teraz takie same ;)

Jak już przedarliśmy się przez tłum z siatami w Water Tower, to wyszliśmy na Michigan Ave. czyli Magnificent Mile i znów wleźliźmy w tłum z siatami… Poszliśmy na Pioneer Court, nad rzekę. Trochę się tam teraz dzieje. Między innymi Apple buduje swój nowy sklep nad rzeką:

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Kiedyś stałą tam mega rzeźba Marilyn Monroe. Teraz stoi 25-stopowy Abraham Lincoln ze współczesnym Amerykaninem. Rzeźba, podobnie jak Marilyn, jest autorstwa ponad 80-letniego rzeźbiarza Sewarda Johnsona. Choć dziś po południu jeszcze w tym miejscu nie do końca posprzątano po nocy sylwestrowej, to Lincoln prezentuje się tak:

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

A do tego my w czapkach ;)

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Nad rzeką ostała się też jeszcze gwiazda. W Sylwestra wciągana w górę. Nowy Jork ma kulę na Times Square, a Chicago gwiazdę nad rzeką.

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Generalnie dzień był idealny na spacer. Słonecznie, nie za zimno. A straszyli, że tej zimy będą 4 stopy śniegu i mrozy syberyjskie… Niech straszą.

Nie robię żadnych postanowień noworocznych. Ale mam kilka planów, które się już powoli zaczęły realizować. I generalnie to ten rok będzie u mnie pod hasłem “nie dam się zacharować”!

I mam nadzieję, że cały ten świat nie pierdyknie wraz zaprzysiężeniem pomarańczowego zboka Trumpa w piątek, 20 stycznia. Trzeba będzie jakoś ten wstyd przełknąć i dalej sobie żyć…

Niech ten rok będzie dla nas wszystkich dobry! I komfortowy!

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Święta z terakoty

Święta z terakoty

 

W Stanach Święta Bożego Narodzenia trwają jeden dzień – 25 grudnia. Żadnej Wigilii nikt tu nie świętuje, ani drugiego dnia. Tak tu jest, było i będzie. Polacy tylko obchodzą Wigilię. Zazwyczaj jest to dzień pracujący – z krótszymi godzinami, ale pracujący. I tak przeważnie mi się zdarzało. Ale w tym roku 24 grudnia wypadł w sobotę, 25 – w niedzielę, a 26 w poniedziałek. Dlatego w piątek w pracy dostaliśmy pół dnia wolnego – za tę sobotę, a potem wolny poniedziałek – chyba za tę niedzielę. Poczułam dzięki temu trochę, że jednak są Święta. Tym bardziej, że zdarzyło się chyba jakieś cudowne rozmnożenie na koncie w banku, bo jak na początku grudnia liczyłam, co trzeba będzie zapłacić do 20 grudnia, to mi wyszło, że 24 stan naszego konta wyniesie ZERO. A tu o dziwo coś się ostało…

I może dlatego, że nic nie planowaliśmy, bo ani nie było czasu ani pieniędzy na plany, to wyszło  świątecznie. Zakupy udało się zrobić w sobotę, w Wigilię. Ale na szczęście w polskich sklepach mają już tradycyjne potrawy gotowe – jak kapusta z grzybami, kutia, barszczyk, uszka itd.

Doliczyłam się na naszym wigilijnym stole w tym roku 13 potraw. To szczęśliwa trzynastka :) był żurek postny, grzybowa i barszcz z uszkami, była kutia i makaron z makiem, kapusta z grzybami, były trzy rodzaje śledzia, kompot z suszonych owoców, gołąbki z kaszą i grzybami i łosoś zamiast karpia. A na deser piernik i makowiec, którym już w wigilijny wieczór nie daliśmy rady ;) Szkoda tylko, że osoby, któr zaprosiliśmy na Wigilię z tego zaproszenia nie skorzystały. Ale za to wiem, co będziemy mieć na lunch gdzieś tak do środy ;)

A niedziela należała do “Miśków”. Zaczęło się od obiadu z tak zastawionym stołem:

I na stole było i coś dla mięsożerców i coś dla tych, co mięska nie ruszają ;) a jak już się nawpychaliśmy – bo wszystko takie dobre – obaliliśmy dwie butelki wina, nagadali, to pojechaliśmy do kina. I wieczór zakończył się z nowymi Gwiezdnymi Wojnami.

Ponieważ niedziela była fajna, to postanowiliśmy, że poniedziałek też będzie. Wreszcie był czas, żeby wybrać się do Field Museum i zobaczyć chińskich żołnierzy z terakoty. Już tylko do 8 stycznia tam postoją…No i pojechaliśmy z “Miśkami” :)

Do Chicago dojechało jakieś 6 sztuk żołnierzy, co w porównaniu z odkrytą w Chinach armią jest mało, ale warto. Bardzo dobrze jak to w Field zaaranżowana wystawa.

No i co z tego, że każdorazowo wizyta w Field Muzeum kończy się bólem nóg, bo człowiek tam robi niezłe mile na nogach. Ale zawsze warto. W dodatku pogoda w Chicago dziś wiosenna – 54F! Aż szkoda było nie wyjść z domu!

To na koniec jeszcze nasze wesołe foto. Bo fajnie było :)

miski

A teraz tyłek w fotel, nóżki na pufę i Tygodnik Powszechny do ręki. A! I jeszcze herbatka w kubku. Szczęśliwych Świąt! Wszystkim!

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Dzięki za…

Dzięki za…

Lubię Thanksgiving czyli Święto Dziękczynienia. Mimo, że to ponoć święto, które ustanowiono na pamiątkę niezbyt chlubnych poczynań białego człowieka na amerykańskiej ziemii. Dla mnie to bardziej jak polska wigilia. Tyle, że przy stole nad indykiem nie zasiada rodzina, bo wszyscy daleko. Ale zasiadają przyjaciele. Choć w tym roku trafił się i motyw rodzinny, bo akurat w Chicago jest córka mojego kuzyna :) Ale jak dotąd ten nasz stół pustką nie świeci. Więc jest za co dziękować.

I nie będę tu na siłę dorabiać jakichś ideologii i silić się na super mądrą. Po prostu lubię klimat tego czwartku. Od prawie zawsze udaje mi się go zacząć od parady w downtown. Choć z roku na rok ta parada to coraz większa porażka, jeśli chodzi o znikanie dużych balonów, które dotąd były jej atrakcją… W tym roku zobaczyłam połowę parady i doliczyłam się tylko dwóch balonów, które… jechały na platformach :(

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Na pocieszenie, to nie padał śnieg i byłam w normalnych butach, a nie w zimowych, co raczej rzadko się zdarza podczas Thanksgiving Day Parade.

Po świątecznym czwartku zawsze jest słynny Black Friday, czyli naród rusza szturmować sklepy. Co niektóre otwierają się już w czwartek o 5-6 po południu. Co mnie wkurza. Bo pracownicy mają przecież rodziny, przyjaciół i może ktoś by im pozwolił spędzić chociaż to święto z nimi. Kilka godzin bez kupowania nie da rady wytrzymać??

Ja nigdy nic w Black Friday nie kupuje, nie latam po sklepach. Nie mam tego dnia wolnego, więc i w tym roku po 6am wyruszyłam do pracy jak co dzień. W autobusie i pociągu było tylko luźniej.

A po pracy do parku milenijnego i początek piątkowych koncertów kolęd pod “Fasolką” czyli to już ta pora na Caroling at Cloud Gate. Tym razem trzeba się tylko było przedrzeć przez ten tłum obwieszony siatami, który przewalał się po downtown. Dałam radę :)

Jako pierwsi z kolędami i piosenkami świątecznymi zaprezentowali się After School Matters: The I.A. Music Program (Inspiration.Aspiration.Music). Nie było najgorzej, tylko trochę za cicho jak na mój gust. Ale może źle sobie stanęłam. W następny piątek trzeba będzie szybciej się tam zjawić.


Tak to mniej więcej brzmiało i wyglądało. Nakręcone telefonem komórkowym. Ale to taka mała świąteczna tradycja.

Za to dziś – w sobotę, po święcie dziękczynienia – postanowiliśmy wyruszyć do Lincoln Park Zoo na festiwal światełek. Normalnie bym tego nie zrobiła, bo tam zawsze porażka z parkingiem i tłumem ludzi, ale ze względu na gościa w domu wyruszyliśmy. Po dwóch godzinach jeżdżenia po okolicy, a w zasadzie stania w korkach, udało nam się dotrzeć na parking zoo, ale stwierdziliśmy – patrząc na tłum – że raczej podziękujemy. Wpadniemy w tygodniu. Gościowi zostaje jeszcze poniedziałek i wtorek na wycieczki, to się uda :)

Na pocieszenie zawitaliśmy na późny obiad do Pokiology. I to była najlepsza nagroda za to jeżdżenie bez sensu po Lincol Park…

wp-image-628095432jpg.jpg
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

 

Straszą zimą…

Straszą zimą…

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy. Zacznę od jesieni – bo jak na razie jest (odpukać!) idealna. Złota, ciepła i słoneczna. Weekend Cubs’ów, który właśnie minął, był na tyle ciepły, że można było swobodnie biegać w krótkim rękawku. A to pierwsze dni listopada!

W prognozach straszą syberyjską zimą. Już od jakiegoś czasu. A czym ładniejsza i cieplejsza ta jesień, tym bardziej straszą… Na razie mam nadzieje, że się znów pomylą. Choć ciągle pamiętam takie czasy, kiedy na przełomie września i października za oknami w Chicago szalała zamieć śnieżna…

A przy okazji – River Walk już prawie gotowy. Co oznacza, że w downtown można przejść się nadbrzeżem od jeziora, aż do budynku opery niemal (wzdłóż Wacker Dr.). Częściowo to wygląda właśnie tak:

Aż się chce kubek z kawą w rękę, książkę (czytaj kindle ;) i posiedzieć. Mi się udało. Na chwilę, 25 października.

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

Go Cubs Go!

Go Cubs Go!
Przyznam się, że fanem baseballa nie jestem i aż do teraz nigdy nie udało mi się zobaczyć całego meczu, bo po prostu zasypiam ;) Gra toczy się zawsze długo i przeważnie ogranicza do próby odbicia piłki kijem, albo raczej do takiego rzutu, żeby przeciwnik tej piłki nie odbił. Czyli do rzucania ;)
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Nie bywam też na Wrigley Field (dom Chicago Cubs), chociaż mieszkam w sąsiedztwie. O tym, że odbywają się tam mecze wiem z zakorkowanych ulic, kiedy próbuję dojechać po pracy do domu, o parkujących w naszej okolicy nagle zwiększonej ilości samochodów i po krzykach, jakie dochodzą ze stadionu. Jak odpowiednio wieje, to krzyki są tak blisko, jakbym mieszkała ściana przy ścianie z Wrigley Field ;)

Ale lubię WF i te okolicę. Zawsze pełno tam ludzi w koszulkach i bluzach z logo Cubs. Nawet jeśli przez ostatnie lata nie szło im za dobrze i przegrywali wszystko, co było do przegrania. A na Wrigley Field i tak popylały tłumy. Zwalając winę na … kozę. Przekleństwo kozy Billie (Curse of the Billy Goat) to jest jest nadłużej chyba w sportowym świecie ciągnąca się historia, bo przez ponad 71 lat! Koza na prawdę nazywała się Murphy, a jej właścicielem był grecki imigrant William Sianis, który posiadał tawernę Billy Goat. Koza jednak śmierdziała i ten smród przeszkadzał fanom baseballa. Dlatego podczas trwania finału Serii Światowej w 1945 roku Sianis został poproszony o opuszczenie razem z kozą Wrigley Field. I wtedy rzucił on klątwę na Cubsów, że już nigdy nic nie wygrają. W 1945 roku mistrzami Serii Światowej nie zostali. Wygrali dopiero niecały tydzień temu – w środę, 2 listopada. W siódmym, ostatnim meczu finału. Ale co to był za mecz! Nawet mi szczęka opadła. Jak nie baseball. Wszystko rozgrywało się do ostatnich sekund… Ten mecz oglądali wszyscy, mimo, że skończył się przed północą! Moi sąsiedzi tak krzyczeli, że trochę ściany mi drżały ;) Taki to był klimat:


Ciągle mam gęsią skórkę ;)
No więc w środę Cubs wygrali i potem to już było tylko szaleństwo. Na piątek zaplanowano wielką paradę mistrzów i okazało się, że przyszło ich oglądać 5 milionów ludzi. Mnie tam nie było niestety, bo ktoś musiał pracować w tym dniu. Ale na ile mogłam, to oglądałam relację online i to morze ludzi, niebiesko-biało-czerwone robiło wrażenie!

Ale za to wyciągnęłam Pana P. w sobotę pod Wrigley Field. A jak. Chciałam zobaczyć pomalowaną ścianę. Na miejscu okazało się, że liczba pojedyncza tutaj nic nie oddaje. Bo pomalowane, a w zasadzie zapisane kredą ściany są wszystkie. Całe Wrigley Field i jeszcze budynki dookoła.

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Zaczęło się od wypisywania imion i nazwisk ludzi, którzy tej wygranej Serii Światowej nie doczekali. Bo czekać na to trzeba było aż 108 lat! A potem do tych nazwisk dołaczyły podpisy fanów, słowa podziękowania i hasła zachwytu nad Cubsami. Niektórzy wykonują też niezłe akrobacje, żeby coś napisać:

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Atmosfera dookoła Wrigley niesamowita. Tłumy ludzi. Prawie każdy w koszulce lub bluzie z logo Cubs. A jeszcze kolejki do każdego stoiska i sklepiku z gażdetami. Sprzedawcy koszulek co kilka metrów. Zbierają żniwa :) Dodatkowo pogoda od piątku jak marzenie – słońce i w okolicach 70F cały czas. Nic tylko świętować z Cubsami. Ludzie robią masę zdjęć. A dookoła Wrigley Field przechadzają się jak dookoła jakiejś świątyni.

Od poniedziałku autobus CTA lini 152, który kursuje po Addison i pociągi Red Line zostaną na tydzień obklejone logami Chicago Cubs. Nadal też liczbę flag amerykańskich wywieszanych przed domami zdecydowanie pobiła liczba białych flag z granatowym “W” – Win, czyli zwycięstwo czyli #FlyTheW. Te flagi są wszędzie – w oknach, na balkonach, w ogródkach, na wystawach sklepów, na samochodach.

fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com
fot.Ewa Malcher/ewamalcher.com

Po zmroku najwyższe budynki w downotwn podświetlone są w barwach Cubs, a w oknach ze świateł komponują się napisy – a to “Cubs”, a to “World Series”… Zbiorowa histeria i radość. Co muszę przyznać wcale mi nie przeszkadza.

Sama jestem już od kilku lat posiadaczką koszulki z napisem CUBS, a teraz dokupiłam sobie bluzę. A co, w końcu jestem z nimi prawie sąsiadką :)


Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved

 

Fall is coming…

Fall is coming…
Mimozami… jesień się zaczyna…

Nie, to jeszcze nie jesień. Jeszcze lato, końcówka. Ale nie będę po nim płakać. Czekam z utęsknieniem na jesień, kiedy zniknie wilgoć, będę mogła oddychać, a nóżki nie będą jak balony. A to oznacza, że będzie można wziąć aparat i chodzić i chodzić!

A propos chodzenia. Nie pamiętam kiedy trafiłam na info i tym parku – Ping Tom Memorial Park. Pewnie przy przeglądaniu mapy przed którąś z wizyt w Chinatown. Nie mogło być to bardzo dawno temu, bo park w całości działa od 2013 roku. Ale powstawał od 2009. Nie pamiętam. Tylko wiem, że chciałam tam zajrzeć i zobaczyć. Bo na zdjęciach w internecie wyglądało na ciekawe miejsce. Nawet kiedyś szukałam jak tam wejść, bo to nie jest takie proste. Wejście jest “ukryte” w osiedlu townhausów. Park w połowie “przecina” wiadukt z 18 Ulicą,który biegnie nad rzeką i po północnej stronie wejście do parku nie ma – jest między domami po południwej.

map

Sam park przynajmniej dzisiaj był oazą spokoju. Niewielu spacerujących. Kilka osób z aparatami – jak my. A myslałam, że może być trochę tłoczno, bo dziś dla wielu był dzień wolny od pracy – Labor Day. W Stanach to też takie symbolizne zamknięcie sezonu letniego.

 

Przy okazji. Do parku można dopłynąć Water Taxi. I to jest rewelacyjna opcja, żeby się tam dostać! Wsiada się na Michigan Ave. w downtown, przy budynku Wrigley i Trumpie, a wysiada w Ping Tom Memorial Park. Cena $7. Czyli wycieczka rzeką Chicago na najabrdziej atrakcyjnym odcinku za 1/6 ceny! (Chicago Architecture Foundation River Cruise kosztuje $44). Mam już plan na przetestowanie tej opcji ;)

W parku są też widoki na dwa zabytkowe mosty. Ponieważ usytuowane one są w dość bliskiej odległości, więc robi wrażenie ich wielkość i konstrukcja! Najbliżej można podejść do Canal Street Railroad Bridge. To jedyny w Chicago most podnoszony poziomo (ang. vertical lift). Nie otwiera się, ale podnosi do góry. Może kiedyś uda mi się usłyszeć jakie wydaje przy tym dźwięki! Tak wygląda:

2

3

Ten “zamyka” park od południa. Drugi – zamyka od północy. To St. Charles Air Line Bridge. Po angielsku nazywa się bascule bridge czyli zwodzony. Ten akurat jest jednoskrzydłowy – jak doczytałam w Wikipedii. Też robi wrażenie!

5

Też musi wydawać niezłe dźwięki przy podnoszeniu!

W samym parku sporo jest ławek lub nawet trawy w cieniu drzew, gdzie spokojnie można sobie przysiąść, czy rozłożyć koc i cieszyć się jeszcze latem, a za chwilę jesienią. Ja dziś posiedziałam na jednej z ławek i była nawet dłuższa chwila na poczytanie. I tak to ja mogę w każdy poniedziałek ;)

 

Zdjęcia/Photos: ©ewamalcher.com | All Rights Reserved